headerphoto

Wielodzietni atakują!

Około 20 osób z Bielańskiego Stowarzyszenia Rodzin Wielodzietnych kopało razem piłkę na sali gimnastycznej w szkole na Kasprowicza w niedzielne popołudnie 2 października br.

Początkowo nic nie zapowiadało późniejszych emocji i zabawy.

– Po wejściu na salę trzymaliśmy kurczowo się swoich znajomych, z którymi przyszliśmy. Nikt jeszcze nikogo nie znał – wspomina jedna z uczestniczek sportowych zmagań.

– A teraz może się przedstawmy – przełamała ostrożną postawę zawodników pani Małgorzata Zawistowska, inicjatorka wspólnych zajęć rodzin z BSRW.

Nastąpiła wspólna prezentacja rodzin. Najliczniej przybyła rodzina Rosochackich – Adam z żoną Agnieszką i dziećmi (10 osób). Jak się okazało wiek zawodników był bardzo zróżnicowany, najstarszy uczestnik liczy sobie 62 lat, najmłodszy nie skończył jeszcze 3 lat (brakowało mu jednego tygodnia). Pomimo tego zawodnicy z uśmiechami na twarzach wyrazili chęć do wspólnej gry.

–Ale w co? – padło pytanie. – Przecież wszyscy nie mogą razem grać.

Po chwili najmłodsi pod opieką mam poszli na plac zabaw lub na małą salę, aby wspólnie wykorzystać zapasy energii.

Mecz za meczem

Starsi rozpoczęli negocjacje dotyczące wyboru piłki, która najpierw ma zostać użyta. Po krótkich ustaleniach większość wybrała piłkę do siatkówki, a kilkuosobowa grupa koszykarzy wyszła na boisko.

Pozostało już tylko wybrać drużyny. Dwóch kapitanów zgłosiło się na ochotnika i dobrali sobie zawodników do drużyn.

– Pan Waldek – wybrała gracza swojej drużyny kapitanka.

– Panem jest Bóg, a ja jestem Waldek – odpowiedział Waldemar Wasiewicz, prezes BSRW. Od tej chwili wszyscy zaczęli mówić do siebie po imieniu.

No i zaczęło się, szybka zagrywka, odbiór, wystawienie i piłka za chwilę znajduje się po drugiej stronie boiska.

– Nic się nie stało! – wykrzykują kibice jednej z drużyn po kolejnej nieudanej zagrywce.

Po około 45 minutach czystej gry zmieniono dyscyplinę i w ruch poszły kije i piłeczka do unihokeja. Po 30 minutach, czasem ostrych, zmagań trzech drużyn znów nadeszła pora na zmianę. Mężczyźni, których była przewaga (były tylko cztery dziewczyny) mogli teraz pokazać na co ich stać, zaczęli grać w „nogę”.

Dziewczyny wymiękły, tylko jedna Gabrysia Rosochacka, niegdyś mistrzyni Polski w piłce nożnej dziewcząt, została na boisku.

Początkowo gole sypały się z rzadka, ale siarczyście, szczególnie w wykonaniu Bogusia Wasiewicza.

– Mniej siły, więcej taktyki – upomniał młodych zawodników Artur Jastrzębski, który był tego dnia z dwoma synami. I gole wpadały już bardziej obficie, ale lekko i z finezją.

Liczymy straty

Nie obyło się bez kontuzji. Emocje, brak rozgrzewki. Zerwane ścięgna najstarszego na sali zawodnika, zwichnięcie nogi jednej z młodszych zawodniczek – Kasi Zawistowskiej. Mamy nauczkę na przyszłość.

DR, MK, SS

 

Artykuł powstał w ramach warsztatów dziennikarskich prowadzonych w Klubie Przyjaznym Rodzinie